stranger blog

Twój nowy blog

Na dzisiejszym zebraniu padły następujące pytania i wnioski, skierowane do zarządcy nieruchomości, sympatycznej Pani Marzeny:

…co zrobić żeby zmienić zarządcę budynku? (!)
…a dlaczego ta pani co sprzata to jak wchodzi przez furtke to ona tak trzaska, tak trzaska, ja na pierwszym pietrze mieszkam a ona tak trzaska…?
…a dlaczego ochrona jest taka beznadziejna? ta firma co byla na poczatku to byla duzo lepsza! <…firma jest ta sama co na poczatku, ale ma duza rotacje…>
…a dlaczego ta firma jest taka droga? <…jest jedna z tanszych na rynku, inne sa od 15% drozsze…>
…a dlaczego w tym bloku obok to placa taniej czynsz? <…w tym bloku obok jest 110 mieszkan, a koszty stale utrzymania sa podobne, tutaj jest 80 mieszkan i dlatego wychodzi drozej…>
…a gdyby sie tak dogadac z tamtym blokiem i objac dwa bloki wspolnym zarzadem? <…to nie koszty zarzadu determinuja efektywny czynsz, tylko koszty poszczegolnych mediow, dzielone na mniejsza liczbe mieszkan. Nie mowiac o tym, ze tamtemu blokowi nie oplacaloby sie wchodzenie do spolki z nami…>
…ta pani co sprzata to jak posprzata to w ogole nie mozna na klatce oddychac, chemikaliami jakimis! dwa dni czuc!

(…)
tutaj spontaniczna dyskusja na temat tego gdzie pani sprzatajaca moze suszyc mopa
(…)

…te drzwi wejsciowe z tym elektromagnesem to bez sensu sa! moze by tak taka klameczke ladna mala zamontowac? <…elektromagnes dziala. „Klameczka” to raczej nie, bo trzeba by drzwi wymienic – w tych by zostaly dziury chyba, poza tym „klameczka” raczej by nie pasowala do reszty…>
…a jak ja sie zacielam w windzie to godzine czekalam! moze by u ochrony byl kluczyk do windy jak sie zepsuje? bo ja to godzine czekalam, a wtedy mialam samolot <…nie! absolutnie! zaden konserwator wind sie na to nie zgodzi! niech sobie pani wyobrazi, ze ten ochroniarz otwiera winde, ona stoi miedzy pietrami, pani wychodzi przez te uchylone drzwi a winda w tym momencie rusz? absolutnie!…>
…no ale to straszne jest, jak ja sie zacielam, a jak ktos ma klaustrofobie? tak nie moze byc…

…i tak dalej… i tak dalej…

Mamy z U. wrazenie, ze jestesmy kosmitami. Normalnie „strangers on Sluzewiec”…

Ostatni raz samochodami interesowalem sie, kiedy mialem mniej wiecej 8 lat, przy czym objawialo sie to (jak to zwykle u mnie) sleczeniem w ksiazkach opisujacych zasady dzialania silnikow spalinowych, tudziez budowaniem samochodow z klockow LEGO-TECHNIC. Samochody owe byly pstrokate (estetyka zawsze stala w moich konstrukcjach na drugim planie), ale mialy mnostwo roznych dzialajacych mechanizmow, moim szczytowym osiagnieciem byly swiatla otwierane z kabiny :)

Pozniej pasja przeniosla sie na samoloty, itd. W doroslym zyciu moje podejscie do samochodow sprowadzalo sie do tego, ze maja kierownice i kola, i wlewa sie do nich paliwo. Az do momentu, kiedy przyszlo do wymiany poczciwego, rdzewiejacego choc bardzo dziarskiego „groszka” (VW Polo, rocznik 96, tanio „pożenię”…) na coś nowego. No i po kilku wycieczkach i przygodach z komisami, tudziez po rozmowach z kolegami i nie-kolegami znajacymi sie na rzeczy, powstal w mej glowie pomysl kupienia wozu fabrycznie nowego. I stalo sie…

Zachorowalem absloutnie, nieodwolalnie, miloscia pierwsza-mlodziencza, na punkcie nowej Toyoty Auris. Absolutnie uwielbiam jej wnętrze, „kosmiczne zegary” na desce rozdzielczej, male trojkatne okienko przed bocznym lusterkiem i cisze panujaca we wnetrzu podczas jazdy. Zwariowalem, oszalalem, nie sposob mi niczego przetlumaczyc i CHCĘ!!!

A U. nie pozwala jej kupic… :(

2 komentarzy

„Czlowiek, który przestaje się dziwić jest wypalony, a jego serce jest puste”

…zmarł mój ostatni idol.

Tylko patrzec jak mi bloga skasuja. Nie ma ktos pomyslu, jak zarchiwizowac tekst wszystkich notek w sposob, ktory nie zajalby wiecej niz 5 minut czasu? To tak na wszelki wypadek, bo szkoda byloby stracic pare lat regularnych „wpisow do pamietnika”, jakkolwiek patetyczne i pretensjonalne nie byly… To w koncu tez bylem ja. :)

Moja glowe zaprzata niezmiennie kilka rzeczy. W czasie „roboczo-sluzbowym” dochodze do wniosku, ze trudno byc „kierownikiem” tak, zeby ludzie mnie szanowali, sluchali i jeszcze zeby to wszystko skutecznie prowadzilo do szczesliwego konca „projektu niemozliwego”. Projekt niemozliwy tez mi zreszta czasem spedza sen z powiek, a raczej powoduje hustawke nastrojow. Powiedzmy sobie szczerze, tego, co sobie zaplanowalismy, sie nie da zrobic w takim czasie… Kiedy zdaje sobie z tego sprawe – mam dola. Ale kiedy indziej z kolei okazuje sie, ze prawie zgodnie z planem „z tasmy” zjezdza kolejny modul – wpadam w euforie – a moze sa szanse, zeby sie udalo? W sumie, to tak naprawde to co robimy i tak nie ma jakiegos glebszego sensu. Dzieci w Etiopii nie na jedza sie dzieki tej aplikacji, globalnego ocieplenia tez ona raczej nie zatrzyma. Naprawde wazne i pozyteczne rzeczy mozna bedzie robic dopiero jak przyjdzie pensja za ten projekt…

Jak juz przychodzi weekend i „sluzbowe demony” opuszczaja ma glowe, to z kolei spada na mnie zmora planowania mieszkania. Czasami mnie to przytlacza, bo boje sie, ze cos co sobie wymysle i wymarze i wydam kupe kasy zeby to w tym mieszkaniu zrobic – a to okaze sie obiektywnie patrzac gora kiczu… Na szczescie U. w pore hamuje moje co bardziej ryzykowne pomysly. Gdyby nie ona, to byloby krucho z pomyslami na urzadzanie „lokalu na Wyscigach”. A na razie mamy jako-taka koncepcje. Wczoraj ogladalismy podlogi… z desek… debowe… wykonczone na ciemno… super!!! i w zasiegu finansowym… Przez chwile zobaczylem „przed oczyma duszy mojej” jak to by moglo wygladac i zachwycilem sie.

…pomijajac fakt, ze jeszcze nie bylem w mieszkaniu w srodku, bo nie chca mnie wpuscic… jeszcze nie skonczyli…

Szliśmy sobie ostatnio z U. po Starym Mieście. Wszystko wskazuje na to, że Stare Miasto nawiedziła w tym sezonie wyjątkowa plaga obnośnych sprzedawców z wiaderkami lub wazonikami pełnymi kwiatów (przedtem tulipany, a teraz róże… czerwone…) do tego stopnia, że wprost nie sposób przejść przez Rynek, żeby nie opędzić się przed conajmniej dwoma nagabnięciami. Przy takiej konkurencji, zwycięscy mogą być tylko Ci, którzy postawili na niestandardowe sposoby na „wyjście do klienta”.

Szliśmy więc, krokiem żwawym, czujnym wzrokiem omiatając okolicę, gotowi w przypadku znalezienia się w zasięgu kwiatkowych ulicokrążców na uniki i inne manewry taktyczne, gdy nagle, znienacka wychynął Młody Handlowiec.

Nie zauważyłem wcześniej Młodego Handlowca, zapewne za sprawą jego wzrostu 120 cm i wieku ok. 11 lat. Nikczemne rozmiary, tudzież odstające uszy i wielkie okulary o szkłach grubości szyb przeciwpancernych nie przeszkodziły jednak Młodemu Handlowcowi w przypuszczeniu frontalnego ataku:
„Może kupi Pan kwiatka dla swojej ślicznej?”
Zły, że dałem się zaskoczyć, odparłem asertywnie to samo, co podczas wcześniejszych nagabnięć:
„Nie, dzięki…”
Ale Młody Handlowiec nie dał się zbić z tropu:
„Taka śliczna Pani, a Pan nie kupi?”
Ożesz ty maly terrorysto!
„Nie, dzieki…”
„Męska decyzja…” – skomentował Młody Handlowiec.

Ja w tym momencie już nie dałem rady:
„Chonotu z tymi kwiatkami! Dawaj…” – wybrałem sobie różę i wręczyłem U., która była tak czerwona jak ta róża (ze śmiechu, oczywiście). Pozostała jeszcze najbardziej przykra część transakcji:
„Cenę mogę powiedzieć Panu na ucho” – Młody Handlowiec skinął na mnie, żebym sie pochylił.
„10 PLN”
„Oooo, staaaary, tyle to ja nie mam…” – no bo faktycznie nie miałem tyle, zawsze bez gotówki chodzę.
„To ja się muszę skonsultować, ile mogę opuścic…” – odparł Młody Handlowiec i sięgnął do kieszeni po jakieś Tajne Notatki – „7 PLN”
„No spoko, tyle uzbieram” – i wysypałem mu garść monet do pulchnej łapki.

Kiedyś, za paręnaście lat, usłyszymy pewnie o Młodym Handlowcu, który zapewne będzie podpisywał lukratywny konktrakt na dostawy piasku do Arabii Saudyjskiej albo lodu na Grenlandię…

U. jest fajna bo nie lubi rozowych sweterkow, nie przepada za rozowymi rzeczami „in general”. Wyjatkiem jest szalik od „tesciowej”.

W ogole U. bardzo fajnie sie ubiera.

U. jest fajna, bo na filmach nie dosc, ze sie glosno smieje, to jeszcze smieje sie w tych samych momentach, co ja.

U. jest dobra, bo jak znikam na caly wieczor halasowac, bawic sie olowianym zolnierzykiem, albo robic jeszcze inne, dziecinne i durne rzeczy, ona nie tylko nie prostestuje, ale nazywa to wspolna organizacja czasu wolnego.

U. jest kochana, bo pilnuje, zebym dobrze wygladal. I ukradkiem usmiecha sie z politowaniem, napotykajac na bierny opor z mojej strony w takich kwestiach, jak np. „wg mnie, moj garnitur od studniowki wciaz sie nadaje na oficjalna impreze…”

U. ma pojecie o samochodach. To dobrze, bo ja nie.

U. potrafi mi znienacka uprasowac koszule.

Od czasow niemowlectwa nikt nie robil mi tyle zdjec w sytuacjach przeroznych, co U. teraz.

U. jest fajna, bo nie musze jej tlumaczyc moich dowcipow.

U. jest fajna, bo nie musi mi tlumaczyc swoich dowcipow.

U. nie ma humorow.

U. pokazala mi, ze istnieja oliwki nadziewane lososiem.

U. jest kochana, bo cierpliwie znosi strumienie inwektyw, jakie wyrzucam pod adresem innych kierowcow.

W ogole U. jest fajna bo znosi mnie.

7 komentarzy

…przeszklone drzwi tarasowe maja to do siebie, ze standardowy kot NIEUSTANNIE chce znalezc sie po drugiej stronie. Niezaleznie od tego, po ktorej stronie aktualnie sie znajduje, jak rowniez od tego, jak dawno sie tam znalazl. Co przy pieciu kotach w domu oznacza, ze praktycznie non-stop jakis siersciuch pod ktorymis drzwiami sie czai, wewnatrz lub na zewnatrz, i mniej lub bardziej milczaco domaga sie, zeby mu przejscie na druga strone umozliwic. Znaczy sie: „Chodz tutaj i otworz drzwi!” Nota bene, jakims kaprysem, one nigdy nie wracaja do domu w stadzie, tylko jeden po drugim… jeden czai sie pod drzwiami, a nastepny gdzies na drugim koncu tarasu, tak, zeby kilkanascie sekund po tym jak do domu wejdzie pierwszy, samemu przykleic sie do szyby i miauczec wnieboglosy. Wyglada to niemalze jak kolejka samolotow ustawiajacych sie do ladowania na lotnisku we Frankfurcie – jeden laduje, a w oddali widac juz dwa nastepne…

Anyway, syjamski juz ktorys raz w ciagu godziny chcial wyjsc przez drzwi, a Mamie ani sie usmiechalo wstawac z wygodnej kanapy. Na przeciagle i donosne „miiiaaaaaaaauuuuuuu”, polecial komentarz: „siedz w domu, bo ptasiej grypy dostaniesz!”
:)

Moja Mama kupila U. w calosci. Skad wiem? ano symbolicznym przelomem byl w moich oczach moment, kiedy Mama zeszla do kuchni (gdzie U. akurat szalala z czajnikiem), i pochwalila sie swoim nowym rozowym szalikiem, ktory wlasnie udziergala… :)

pare dni pozniej Mama zadzwonila do mnie do pracy, zeby powiedziec, ze dla U. tez zrobila szalik. Rozowo-turkusowy…

…znaczy sie, teraz Mama chce kupic U. ;)

…hmmm… od jakiegos czasu chodzi mi po glowie, ze wypadaloby wreszcie przedstawic jakies oficjalne oswiadczenie (nie mylic z oswiadczynami…) I tak sie zastanawialem, jak by to ujac, co napisac, zeby nie popasc w jakis szczegolny patos, czy tez znowu w jakis studzienny banal… I znowu doszlo do tego, ze zadne madre slowa mi do glowy nie przychodza, no wiec pozostaje mi forma ekstremalnie zwiezla i lakoniczna:

Pojawila sie U. I jest.

16 komentarzy

…czy ktos zauwazyl, ze sporo klasycznych blogow sie konczy…?


  • RSS